Znajomy znajomego zrezygnował z etatu i rozpoczął działalność gospodarczą. Nic bardzo wymyślnego, ot zwykły handel. Tanio kupić w Azji, tanio sprzedać w Polsce – zysk zawsze znajdzie się gdzieś po środku.
Skala działalności nie była oszałamiająca, zwłaszcza na początku. Ale mimo to, znajomy znajomego potrzebował kooperantów. Chciał np. ładnie zapakować produkty, umożliwić klientom płacenie kartą. Do tego potrzebne są firmy zewnętrzne.
Znajomy znajomego, człowiek nowoczesny, dzięki internetowi szybko odnalazł potencjalnych kooperantów. Rozesłał zapytania ofertowe i czekał na, co najmniej, kilka odpowiedzi. „Jest przecież kryzys. Każde zamówienie powinno być teraz na wagę złota” – myślał znajomy znajomego.
Nie pomylił się. Inni znajomi zgodnie potwierdzają, że ich obroty spadły w ostatnim czasie średnio o 30% i chętnie nawiązali by nowe kontakty handlowe.
Znajomy znajomego pomylił się jednak w ocenie kultury prowadzenia biznesu w Polsce. Na jego zapytanie ofertowe nikt nie odpowiedział. „Dlaczego? Chcę zapłacić gotówką, oferuję nawet przedpłatę. Tu nie ma żadnego ryzyka” – głowił się znajomy znajomego. Dopiero inny znajomy tego samego znajomego, znający trochę branżę, uświadomił świeżo upieczonego przedsiębiorcę, że jego zamówienie było za małe, żeby opłacało się je realizować.
„Ok. Rozumiem rachunek ekonomiczny. Ale dlaczego nikt mi tego nie powiedział? Przecież wysłanie maila z odmową też nic nie kosztuje” – dziwił się znajomy znajomego.
A jednak dziwił się niepotrzebnie. Nie znając wcześniej realiów small biznesu nad Wisłą, rozbił się o ścianę polskiej przaśnej przedsiębiorczości (por. Przaśna polska przedsiębiorczość).
Okazuje się, że polski przedsiębiorca woli biedować, zwalniać, narzekać na kryzys, zamiast schylić się po to, co jest na rynku. Ale przecież teraz trzeba schylić się bardziej niż zwykle, pokombinować trochę, jak połączyć wiele małych zamówień w jedno duże. A przede wszystkim trzeba poszukać tych zamówień, bo klienci nie walą już drzwiami i oknami, jak kiedyś.
Mimo trudnej sytuacji na rynku, mogę jednak zrozumieć, że jakaś transakcja jest zupełnie nieopłacalna. Czy kultura nie nakazuje jednak poinformować o tym drugą stronę?
Chyba nie, to w polskim biznesie towar niezwykle rzadki. Kultura staje się nawet przewagą konkurencyjną. Wystarczy popatrzeć na Alior Bank. Rozpoczął działalność w okresie bardzo trudnym dla instytucji finansowych i odniósł sukces. Pojawili się klienci, a reklamy został obsypane nagrodami branżowymi.
Czy Alior zaoferował jakiś rewolucyjny produkt? Nie. Można tam znaleźć prawie te same produkty, co w każdym innym banku. A jednak prawie robi różnicę. Alior Bank do standardowej palety produktów dodał jakość obsługi, która na zachodzie Europy jest standardem. W Polsce to jednak wyższa kultura bankowości.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji portalu Onet.pl




Racja. Przedsiębiorcy w naszym kraju ciągle sprawiają wrażenie, jakby to klientowi bardziej zależało na tym, żeby kupić, niż przedsiębiorcy na tym, aby sprzedać.
Niestety dziś mamy doczynienia z sytuacją, gdzie podaż przewyższa popyt, i niejednokrotnie trzeba pogłówkować więcej niż kiedyś, żeby zarobić tyle, co kiedyś.
Łukasz Wyrębek
15 gru 09 at 00:59