Z wolnością słowa w Polsce chyba nie jest tak źle, jak ocenia red. Tomasz Terlikowski, skoro w ten noworoczny weekend rzucił mi się w oczy jego tekst „O czym marzy dziennikarz roku”. Dowiedziałem się z niego, że Tomasz Lis i jego koledzy robią wszystko, żeby wolność słowa w Polsce ograniczyć. Zakazane miałoby być wygłaszanie poglądów pro-kościelnych, pro-life i homofobicznych.
A jednak tekst red. Terlikowskiego dotarł do mnie. Stało się to dzięki portalowi społecznościowemu, konkretnie chodzi o Facebook, na którym został zareklamowany. Tak się akurat składa, że jestem tam fanem wydawnictwa i stowarzyszenia Fronda, z którymi związany jest red. Terlikowski.
Ale dotarcie do ponad 1 tys. fanów Frondy to chyba za mało. Red. Terlikowskiemu chodzi o kneblowanie go w ogólnopolskiej „Rzeczpospolitej”.
To w takim razie chodzi o wolność słowa czy dostęp do ogólnopolskiemu medium, które w dodatku jest niemal w połowie państwowe, a więc ma pewne gwarancje finansowe i zasięgowe?
Przeczytanie jednego tekstu w internecie zwykle powoduje pogłębienie tematu dzięki wszechobecnym linkom. Czytałem więc dalej o kneblowaniu red. Terlikowskiego i jego zwolenników, które odbywa się na drodze sądowej. I znowu mam pewną wątpliwość, czy rzeczywiście chodzi o ograniczanie wolności słowa czy plotkarstwa.
Nie twierdzę, że środowisko red. Terlikowskiego nie ma racji, bo w wielu kwestiach ma. Ale w ich udowadnianiu bardzo chętnie posługuje się kategorycznymi stwierdzeniami. Koronnym przykładem może być wypowiedź Joanny Najfeld o Wandzie Nowickiej. Publicystka stwierdziła na antenie TVN24, że Nowicka jest na liście płac koncernów farmaceutycznych. Ta ostatnia poczuła się pomówiona i oddała sprawę do sądu, co wywołało oburzenie środowiska red. Terlikowskiego. Dlaczego? Bo sądzie trzeba udowodnić swoją rację, albo ponieść konsekwencje kłamstwa. Formułować oskarżenia w mediach jest dużo łatwiej. Tym bardziej, że dwie trzecie widzów lub czytelników zapamięta przekaz „Wanda Nowicka chodzi na pasku koncernów”. Sprostowań nikt nie czyta.
Odnoszę wrażenie, że to spór między dwoma środowiskami o prawo do rozpowszechniania niesprawdzonych informacji, a podszycie go wolnością słowa ma mu nadać pozory walki o ważną sprawę.
Ten tekst to wyraz moich osobistych poglądów, nie należy go identyfikować z linią programową redakcji portalu Onet.pl



