Świętowanie 20. rocznicy „odzyskania niepodległości” skłoniło chyba niektórych do rewizjonizmu. W minionym tygodniu media donosiły o pomysłach rodem z PRL-u, które miałyby być receptą na doraźne kłopoty różnych grup interesów.
I tak księgarzom zamarzył się powrót cen urzędowych (por. Księgarze marzą o urzędowych cenach). Dla przypomnienia, w PRL istniała Państwowa Komisja Cen, która ustalała ceny produktów będących w obrocie handlowym. Dekret o ustalaniu cen opłat i stawek taryfowych z czerwca 1953 r. zobowiązywał Radę Ministrów do ustalania cen lub wytycznych niemal dla wszystkich produktów, usług i surowców. Tak było aż do lutego 1982 r., kiedy dekret został zastąpiony ustawą o cenach, która zawężała katalog do niektórych środków spożycia, produkcji oraz usług oraz podstawowych produktów rolnych, skupowanych przez jednostki gospodarki uspołecznionej.
Ceny urzędowe, w oczywisty sposób, są zaprzeczeniem idei wolnego rynku, w istotny sposób ograniczają konkurencję. W tym wypadku chodzi o ograniczenie konkurencji między księgarniami a supermarketami. Ci pierwsi żalą się, że ci drudzy sprzedają nowości po niższych cenach. Wprowadzenie sztywnej ceny ma temu zapobiec i zapewnić stały, choć niewielki, ale pewny zysk księgarniom. Straciłby konsument i z pewnością ucierpiałby poziom czytelnictwa.
Drugi pomysł, jeszcze bardziej kuriozalny, pojawił się na początku minionego tygodnia. Krajowa Izba Gospodarcza chce, żeby przedsiębiorcy obowiązkowo należeli do samorządu gospodarczego i płacili składki (por. TVN CNBC: kolejna składka dla przedsiębiorców).
Przed 1989 r. przedsiębiorcy już należeli obowiązkowo do spółdzielni i nierzadko do cechów. Funkcjonowanie tych organizacji, które w założeniu miały regulować i nadzorować obrót gospodarczy, w praktyce sprowadzało się do akceptacji zamówień i inkasowania swojej doli. Legalna mafia o zasięgu ogólnopolskim. Przedsiębiorcy godzili się na to, bo alternatywą było cofnięcie zgody na działalność.
Jednym z osiągnięć zmiany ustroju jest wolność stowarzyszania się. I tu jest chyba pies pogrzebany. Samorząd zawodowy jest czymś ważnym dla lekarzy, prawników, a czasami nawet dziennikarzy. Przedsiębiorcy są raczej zajęci rozwijaniem swoich biznesów, a o przynależności do jakichkolwiek organizacji branżowych myślą w ostatniej kolejności. Nie są też zbyt chętni do płacenia wysokich składek, które z powodzeniem można przeznaczyć na inwestycje.
Organizacje natomiast żyją ze składek. W ich władzach często zasiadają ludzie, którzy są zawodowymi działaczami. Podobnie jak w sporcie, istotą ich pracy jest bycie, zasiadanie, reprezentowanie. Ale do tego potrzebne są fundusze, składki, których strumień dodatkowo skurczył się w czasie kryzysu.
Dlatego panowie z KIG-u, powiązani z lewicą, a do tego w wieku, który wskazuje na byłą nomenklaturę, postanowili ustawowo zagwarantować sobie źródło finansowania. Jeśli nie ze składek przedsiębiorców, to z podatków wszystkich obywateli. W zamian za to oni będą stanowili reprezentację wszystkich przedsiębiorców. Uroczo.
KIG argumentuje, że dzięki powstaniu samorządu przedsiębiorcy zyskają wpływ na proces legislacyjny i prawodawstwo stanie się bardziej przyjazne biznesowi. A co stoi na przeszkodzie, żeby KIG już teraz angażował się w powstawanie sensownych przepisów?



